niedziela, 22 lipca 2012

Zagubiona nuta – Recenzja książki „Ostatni Koncert”


Są książki, o których pisze się ciężko, których opisanie sprawia niejako trudność, w moim przypadku „Ostatni koncert” jest właśnie taką pozycją.

Bartosz Czarnoleski, błyskotliwy altowiolista z nieprzeciętną zdolnością do rozwiązywania zagadek. Właśnie dzięki tej swojej niezwykłej umiejętności otrzymuje w spadku piękną toskańską posiadłość wraz z winnicą i wszystko to przez rozwiązanie zagadki Rosenberga. Początkowo zarządzanie włoską willą przeraża głównego bohatera, ale gdy dowiaduje się, że jego zadanie będzie ograniczało się jedynie do mieszkania i podziwiania toskańskich pagórków, postanawia rozpocząć życie w słonecznej Italii. Teraz musi dzielić swój czas pomiędzy ukochaną Antonię mieszkającą we włoskiej posiadłości, a rodzime miasto K. leżące nad rzeką Suliwą, gdzie wraz z trójką przyjaciół zakłada kwartet smyczkowy imienia Gudelsteina.

Altowiolista przebywając w K. w związku z nadchodzącym debiutanckim koncertem, zostaje wciągnięty przez swojego przyjaciela nadkomisarza Roberta Bielskiego w tajemniczą sprawę „Skrzypka”. W mieście dochodzi do morderstwa i możliwe, że gdyby nie nietypowe narzędzie zbrodni nikt nie zawracałby głowy Czarnoleskiemu. Ponieważ zabójstwa dokonano struną od skrzypiec, logicznym było, że nadkomisarz poprosi altowiolistę o konsultację.

Na kolejnych kartach powieści dowiadujemy się, że cała ta sprawa może być powiązana z wypadkiem sprzed kilku lat, w którym ginie młoda kobieta, jak się później okazuje, ciotka Joanny, która należy do kwartetu.

Udana współpraca Bielskiego i Czarnoleskiego skutkuje tym, że altowiolista musi udać się na konsultację z członkiem Scotland Yardu w Londynie. Wszystkie jego plany biorą w łeb, po udanym koncercie miał nadzieję, wrócić do „Domu Porzuconego Miasta” - „Casa di citta Abbandonata”, czyli swojej włoskiej posiadłości, zwłaszcza, że zaczęły nawiedzać go duchy z przeszłości, które nie darzą go szczególną sympatią...

W książce nie uświadczy się nagłych zwrotów akcji, jednak nie ujmuje to kryminałowi w żaden sposób. Jan Antoni Homa potrafi budować napięcie i gdy czytelnik jest już coraz bliżej odkrycia zagadki, natrafia na uszczypliwe komentarze dotyczące muzyków. Według mnie właśnie ten ironiczny język, nagromadzenie anegdot jest największym plusem powieści.

Jedynym minusem są częste odniesienia do poprzedniej powieści „Altowiolisty”. Nie miałam niestety styczności z tą książką, dlatego też czasami przeszkadzało mi, że bohater wspominał o wydarzeniach minionych, o których nie miałam zielonego pojęcia. Chociaż w jakiś szczególny sposób nie przeszkadza to w zrozumieniu fabuły.

Z pewnością książkę mogę polecić fanom kryminałów, ponadto jeśli szukacie czegoś nowego, nietuzinkowego powinniście zapoznać się z tą pozycją. Nawet jeśli nie jesteście wyszkoleni muzycznie, a pojmowanie przez was pięciolinii, nut i kluczy wiolinowych, kończy się na tym czego nauczyliście się w podstawówce (jak w moim przypadku), to uważam, że ten muzyczny kryminał może stać się dla was ciekawym urozmaiceniem czasu.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz