piątek, 30 listopada 2012

W małżeńskiej alkowie – recenzja książki „Trzy oblicza pożądania”

Dawno, dawno temu nastała ogromna i gwałtowna fala popularności związków ludzkich z istotami fantastycznymi. Wszyscy doskonale wiedzą od czego się to zaczęło i jaki pozostawiło ślad na półkach w księgarniach, oraz na stronach poświęconych publikowaniu fan fiction. Teraz nastała moda na tak zwane porno dla mamusiek, a wszystko zaczęło się od grzecznej do przesady historii o świecących wampirach.

Pewnie większość słyszała o „Pięćdziesięciu twarzach Gray'a”, książka przełomowa i najbardziej zastanawia mnie, dlaczego... Powieści erotyczne były od zawsze, bo dlaczego nie dzielić się swoimi fantazjami na szerszym forum, ale co jest takiego w tej książce... Nieważne, ponieważ dziś rozprawa o „Trzech obliczach pożądania”.

Mamy młode, idealne małżeństwo. On nie zdradzał nigdy jej, ona również była w pełni wierna. Byli szczęśliwi aż do przesady. Przebrnąwszy przez perypetie rodzinne na poziomie Anne – teściowa, docieramy do wisienki na torcie, do głównego wątku powieści, na który czeka się z niecierpliwością od pierwszej strony. Do Jamesa i Anne wprowadza się jego stary przyjaciel, któremu przyjdzie namieszać w małżeńskiej pościeli.

Seks oczywiście zajmuje główne miejsce w powieści, ale Megan Hart przemyciła do niej odrobinę problemów rodzinnych i tak oto ze zwykłej pornografii mamy całkiem ładną powieść z przekonującymi wątkami. Pochodzenie z trudnej rodziny, oraz ciągłe problemy z teściową przeplatają się opisami stosunków na poziomie Anne – James – Alex. Obserwujemy również jak główna bohaterka z przestrasznej młodej żony, której głównym priorytetem jest zadowolić każdego, przemienia się (głównie dzięki Alexowi) w niezależną i potrafiącą zadbać o własne interesy kobietę.

Niestety na kartach powieści nie zostaje wyjaśniony powód, dla którego James zaprosił swojego przyjaciela do małżeńskiego łoża. Znacznie łatwiej uwierzyć, że kierowały nim homoseksualne pobudki, niż w zapewnienia, że chciał sprawić przyjemność swojej żonie.

Trzy oblicza pożądania” to książka dla odważnego czytelnika, na którym opisy perwersji nie wywołują potrzeby natychmiastowego zamknięcia książki i jeśli związki homoseksualne nie wywołują u Ciebie torsji, to śmiało możesz sięgnąć po tę powieść erotyczną.

Tak na marginesie... Porno dla mamusiek to ściema!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Mira.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Rozprawa o jedzeniu? - Recenzja książki „Dolce vita po polsku”

Poczuć włoskie słońce na policzkach, zziębniętych od polskiej jesieni. Bezcenne. Może nie jest to w stu procentach możliwe , bo skąd w środku listopada wyczarować sobie Włochy? Dla chcącego nic trudnego, a Anna Dudek niczym Wergiliusz poprowadzi nas przez kolejne poziomy włoskiego życia.

Nie jestem italofilką, nigdy nią nie byłam. Lubię banalne opowieści o wyidealizowanej Toskanii, która jest dla mnie rajem na ziemi. Jednak Włochy, to nie tylko piękne winnice pokryte promieniami słonecznymi. Właśnie z książki „Dolce vita po polsku”, poznajemy rzeczywistość, o której zapomniał napomknąć Ferenc Mate.

Autorka postanowiła umożliwić nam stworzenie sobie w Polsce własnej, małej Italii. Pomysł wspaniały, jak i forma poradnika. Anna Dudek postanowiła przeprowadzić wywiady ze znanymi, w większym lub mniejszym stopniu, Polakami, którzy swe serca pozostawili we Włoszech, mamy również możliwość poznania odczuć rodowitych Włochów mieszkających w Polsce. Opowiadają o pierwszych konfrontacjach z obcą kulturą i stopniowym oswajaniem się z nowymi realiami w znacznym stopniu odmienne od tych panujące w rodzinnym państwie.

Moim głównym zarzutem wobec książki jest fakt, że nawet na takie Włochy w Polsce nie każdy może sobie pozwolić. Nie chodzi mi jedynie o kwestie materialne, ale chociażby dostępność pewnych usług czy produktów w naszym nadwiślańskim kraju nadal nie jest na zadowalającym poziomie. Właściwie to jednak wiąże się to z pieniędzmi. Idealnym przykładem jest włoskie wino, które na półwyspie Apenińskim można nabyć za nawet 1€. W Polsce cena ta wzrasta do co najmniej kilkudziesięciu złotych. Biedni studenci raczej nie stworzą sobie własnej Italii... To dlatego, że w książce co chwila poruszany jest temat jedzenia. To nas upodabnia do Włochów, ten kult stołu. Oczywiście nie tylko posiłki kraj tworzą, jednak w tym wypadku jedzenie jest bardzo istotne.

Książka godna polecenia, co prawda historie opierały się na jednej osi konstrukcyjnej, ale oczywiście nie zarzucam, że były takie same! To dowodzi, że miłość do Włoch jest uniwersalna, akurat do przetrwało od czasów sarmackich. Nie trzeba być zakochanym w Italii, żeby sięgnąć po tę książkę. Warto poznać ciekawostki na temat kultury, sztuki i mentalności włoskiej, a podczas lektury należałoby zaopatrzyć się w przekąski, bo jestem pewna, że łatwo przy niej zgłodnieć.

 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

czwartek, 25 października 2012

Znowu ta męcząca przeszłość – recenzja książki „Śladem zbrodni”

Uwielbiam kryminały, zwłaszcza takie, które nie pozwalają mi odłożyć książki na bok. Kiedy dowiedziałam się, że „Śladem zbrodni” jest kryminałem z wątkiem romansowym, trochę się przestraszyłam, że będzie to w jakiś sposób wstrzymywać akcję, że zrobi się mdło... Na całe szczęście moje obawy nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości.

Beryl i Jordan Travistock są przekonani, że ich rodzice, będący tajnymi brytyjskimi szpiegami, zginęli na służbie. Nieoczekiwanie jednak na jednej z ekskluzywnych imprez u wujka, który zaopiekował się nimi po śmierci rodziców, dowiadują się, że prawda jest zupełnie inna od tej, którą dotychczas im wpajano. Madeline i Bernard zostali uznani za podwójnych agentów, którzy pracując dla MI6 równocześnie dostarczali informacje do NRD. Dlatego też według policji Bernard najpierw zamordował swoją żonę, a następnie popełnił samobójstwo. Oczywiście rodzeństwo Travistocków nie jest gotowe zgodzić się z tą wersją wydarzeń i postanawiają udać się do Paryża, by przeprowadzić własne śledztwo. Rozgrzebując stare sprawy nieświadomie wydadzą na siebie wyrok...

Przyznaję, że bardzo polubiłam postacie wykreowane w książce. Autorka postarała się i każdego z bohaterów obdarzyła bogatą osobowością, dlatego wydają się oni tak realni. Największą sympatią darzę Jordana , który sprawia wrażenie poważnego pana inteligenta z dużymi zdolnościami dedukcji, nie zmienia to jednak faktu, że ma on niesamowitego pecha. Najważniejszym mężczyzną w całej książce jest i tak Richard Wolf, który jest konsultantem do spraw bezpieczeństwa w firmie Sakaroff & Wolf. Przez wzgląd na starych znajomych postanawia zająć się rodzeństwem Travistock podczas ich podróży do stolicy Francji. Przy okazji pomiędzy nim i Beryl tworzy się dość poważne uczucie.


Muszę przyznać, że pani Tess Gerritsen mnie zafascynowała, aż dziwne, że wcześniej na nią nie trafiłam, na szczęście zawsze musi być ten pierwszy raz. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, nie sposób się od niej oderwać, a wątek romansowy jest dużym atutem tej powieści. Dlatego książka jest szczególnie atrakcyjna dla kobiet. Polecam i życzę przyjemnej lektury!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Mira.

poniedziałek, 15 października 2012

Nie taka święta – recenzja książki „Miriam”

Niedawno rozpoczęłam swoją przygodę z panem Jarosławem Klonowskim i jego książką „Miriam”. Cóż mogę rzec, niespodziewanie znalazłam się w średniowiecznych kujawskich miastach...

Miriam to młoda Żydówka, której zdecydowanie nie można nazwać prawą i skromną dziewczyną, to wyrachowana i bezwstydna złodziejka, jednak w końcu sytuacja w jakiej się znalazła staje się zbyt gorąca i jedyne co pozostaje to ucieczka. Miriam ukrywa się pośród benedyktynów w szpitalu w Kruszwicy, podając się za brata Mateusza, który zginął z ręki jej kompana. Niestety nawet pośród cysterskich habitów nie może znaleźć schronienia, gdy pojawia się tajemniczy janczar Bartłomiej Chodyna, wychodzi na jaw kim Miriam jest naprawdę, a nawet więcej. Okazuje się, że dziewczyna jest opętana przez Hariela – anioła ognia, którego wzywa się przeciw bezbożnikom i to właśnie jego poszukuje starosta Andrzej Kościelecki.

Spotkałam się z opiniami, że w książce jest zbyt wiele postaci i niestety muszę się z tym zgodzić. Łatwo jest się pomylić, łatwo zapomnieć, a mnie to trochę lekturę utrudnia, ponieważ często muszę przewracać strony w tył, by zorientować się kto jest kim. Nie zmienia to oczywiście faktu, że postacie są naprawdę dobrze wykreowane. Zwłaszcza główna bohaterka, przesiąknięta zepsuciem, jak przyjemnie czytało się o tak silnej kobiecie umieszczonej w XVI wieku. Oczywiście na uwagę zasługuje także tajemniczy janczar, który swoją osobą wprowadza niemałe zamieszanie.

Niestety muszę zarzucić autorowi małą niekonsekwencję dotyczącą stylizacji języka. Co prawda początkowo była dość widoczna, ale z kolejnymi stronami gdzieś zanikała, żeby z czasem dawać o sobie znać coraz rzadziej. Wiadomo, że tekst z dużą ilością archaizmów czyta się znacznie trudnej, niż ten bez nich, ale było to przecież ciekawe urozmaicenie.

Strzeżcie się wy, którzy macie zamiar przeczytać tę książkę i tylko połowicznie się na niej skupić, albowiem zbyt wiele nie zrozumiecie. Naprawdę, brak skupienia ma swoje konsekwencje, czasami trzeba po raz drugi przeczytać dopiero co skończony fragment, ponieważ nagle okazuje się, że nie zrozumiało się z niego ani słowa, ale problemy z koncentracją pojawiają się jedynie na początku, później akcja wciąga coraz bardziej i bardziej...

Najbardziej jednak w całej historii podobały mi się elementy fantastyczne. Okultyzm, który w średniowieczu był dość powszechny, zwłaszcza wśród ludzi, których było stać na jego praktykowanie. Dodatkowo jeszcze te polityczno-religijne intrygi... Mniam.

Jeśli macie ochotę na poznanie nietuzinkowej i wciągającej historii z elementami fantastycznymi i średniowieczem w tle, to zapraszam...

...tylko uważajcie na zawartość rynsztoków!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

czwartek, 4 października 2012

Warszawa – miasto wielkich spisków. Recenzja książki „Carska roszada”

W stolicy Królestwa pojawił się morderca, którego metody zabijania są łudząco podobne do słynnego Kuby Rozpruwacza, budzi to niezadowolenie wśród przełożonych Estara Pawłowicza Van Houtena, który przecież zajął się tą sprawą w Anglii. Dlaczego jednak ten przestępca ciągle chodzi wśród żywych i na cel obiera sobie akurat Warszawę? Władze nie proszą o motywy, woleliby nawet, by tajny urzędnik do zadań specjalnych nigdy nie odkrył prawdy.

Główny bohater pan radca kolegialny jest postacią nietuzinkową, zresztą jak większość przedstawionych tutaj osobistości. Estar Pawłowicz wymuskany galant z cienkimi, zawadiacko podkręconymi wąsikami jest detektywem bardzo postępowym, w swojej pracy korzysta z najnowocześniejszych nowinek technicznych, często wprowadzając przez to kolegów po fachu w konsternację. Chociaż największą osobliwością jaką cechuje się Estar Pawłowicz jest forma odpoczynku, zapożyczona od Japończyków. Urzędnik do zadań specjalnych ma w zwyczaju kąpiele w lodowato zimniej wodzie i medytacje na słomianej macie.

Jednak na całe szczęście autor umiejętnie skonstruował charakter swojego bohatera, można by rzec, że dorzucając coś jeszcze to tej mieszanki osobliwości stworzyłby typowego Gary'ego Stu , który zamiast sympatii wzbudzał by raczej wstręt, teraz jest idealne.

Oczywiście poza panem radcą kolegialnym mamy do czynienia z kalejdoskopem postaci. Od holenderki udającej hinduską rani, aż do prokuratora, który nie stroni od kobiet i trunków, przez co od czasu do czasu jego twarz ozdabiają siniaki, których autorką jest żona tajnego radcy.

Według okładki książka Melchiora Medarda to „opowieść prawie sensacyjna, momentami romansowa, częściej zagadkowa, niekiedy erotyczna”. Nie sugerujcie się jednak tym ostatnim założeniem, bo jeśli spodziewacie się jakichś wyuzdanych scen, to takowych nie uświadczycie. Pojawia się tam moment tańca erotycznego i scena, którą gardzi wielu recenzentów – opis lesbijskiej miłości, jednak autor ukazał tę scenę w tak delikatny i momentami poetycki sposób, że bardziej przypomina ona akt sztuki, a nie przeciętną scenę seksu.

Książka spełnia zadanie swojego gatunku i nawet kiedy czytelnik jest już pewien, że odkrył tajemnicę jaka kryje się za brutalnymi morderstwami, to autor postanawia odwrócić wszystko o 180 stopni sprawiając, że „Cesarska roszada” powoduje zmarszczkę pomiędzy brwiami. Uświadamia, że tych najlepszych kąsków historycznych w szkołach nie uczą. Przede wszystkim podoba mi się konstrukcja języka, Melchior Medard naprawdę się postarał i wystylizował język nie tylko ten występujący w dialogach, ale w ogólnie całej powieści. Zdarzały się co prawda problemy ze zrozumieniem pewnych słów, ale dziś mogę się pochwalić, że mój język jest bogatszy o te kilkanaście wyrazów zapożyczonych z pozytywistycznej Warszawy.

niedziela, 2 września 2012

Rozwiązanie konkursu

Wiem, wiem, że troszkę długo zajęło mi opublikowanie wyników. Pewnie niektórzy już stracili nadzieję, ale oto jestem! Najważniejsze byście zapamiętali, że zwycięzca zostanie wybrany przez los, wszelkie skargi i pretensje należy, więc kierować do niego...

No dobra, więc zwycięzca został wybrany, a jest nim Abigail.

Gratuluję i tak dalej :D. Resztę pragnę poinformować, że moja biblioteczka ma jeszcze wiele do zaoferowania, więc nie tracie nadziei!

Bądźcie czujni! - Recenzja książki „Dolina zabójców”

Książkom ocierającym się o prawdy historyczne łatwiej zaufać, gdy wie się, że ich autor był uczestnikiem opisywanych wydarzeń, gdy na własnej skórze poznał realia panujące w świecie przepełnionym wojennym okrucieństwem. Leo Kessler (Charles Whiting) był czołgistą w czasie II wojny światowej i najwidoczniej był to dla niego inspirujący okres, ponieważ do 2007 roku napisał ponad 350 książek.

Akcja w „Dolinie Zabójców” przypada na jesień 1943 roku, Niemcy były już świadome zbliżającej się klęski, jednak nie zamierzali pogodzić się z losem, który postanawia dać im ostatnią szansę. Konferencja w Teheranie. Uczestnikami której ma być Wielka Trójka – Roosevelt, Churchill i Stalin. Idealna okazja do pozbycia się największych wrogów III Rzeszy. Do wypełnienia misji zostaje powołana elitarna jednostka niemieckich strzelców alpejskich – Edelweiss. Mają świadomość, że to misja samobójcza, lecz nie mogą odmówić wykonania jej, przysięgali wierność Führerowi i teraz muszą pokazać swoje oddanie. Zostają zrzuceni ponad 1000 kilometrów za radziecką linię frontu i od tej pory muszą sobie radzić sami, ale przede wszystkim muszą odnaleźć Asasynów – legendarnych zabójców, którzy są gotowi na wszystko.

Książki tego typu zawsze mnie fascynowały, o niemieckim okrucieństwie traktuje wiele pozycji, lecz znaleźć jakąś, która opowiada o odczuciach nazistowskich żołnierzy, jest naprawdę trudno. W końcu nie każdy Niemiec wierzył w dominację swojego narodu, nie każdy był ślepo zapatrzony w Hitlera. Wielu z niemieckich żołnierzy wypełniało jedynie swoją rolę, która została im narzucona poprzez strach.

Nawet dowódca oddziału szturmowego Edelweiss, nie wykazywał się okrucieństwem absolutnym, a pół-żydowskiego profesora, którego przyłączono do ich misji traktował jak człowieka i potrafił docenić jego wiedzę. Dla niektórych będzie to zapewne czystą abstrakcją, ale muszę przyznać, że niemiecki oddział wzbudza sympatię i czytelnik cały czas trzyma kciuki za powodzenie ich misji. Są niezwykle wytrzymali, nie poddają się nawet wtedy, gdy są bliscy zamarznięcia, cały czas wspólnie podtrzymują się na duchu.

Dolina zabójców” z pewnością nie jest książką historyczną, jeśli chcecie wesprzeć swoją wiedzę z zakresu II wojny światowej, to raczej nie uda wam się to dzięki tej książce. Jest to typowa przygodówka, w której znajdziecie sporo akcji i naciągane fakty historyczne. Książka jednak nadal pozostaje świetnym umileniem czasu, czyta się ją szybko.

Oddział baczność!

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica.

środa, 15 sierpnia 2012

W słońcu Hiszpanii – Recenzja książki „Smak hiszpańskich pomarańczy”

Na początku powinnam chyba zamieścić ostrzeżenie, że mam zamiar rozwodzić się nad hiszpańskimi widokami, bynajmniej nie mam na myśli tych stworzonych ręką matki natury. Uwaga, literatura skrajnie kobieca.

Na treść „Smaku...” składają się trzy opowieści wcześniej wydane jako osobne książki. Teraz zebrane do jednego worka, pozwalają zatracić się w magii Hiszpanii. A czarować potrafią, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Nawet jeśli te trzy historie są na różnym poziomie doskonałości, to przecież romanse nie mają zachwycać kunsztem literackim, lecz rozpalać wyobraźnię.

Wakacje w Andaluzji” (wcześniej „Romans w Hiszpanii”)
Lily po bogatym w ciężkie przeżycia roku – opuszczenie przez męża, utrata dziecka, wyjeżdża na wieś do przyjaciółki i zostaje przez nią wplątana w podwójną randkę. Na dodatek okazuje się, że jej tajemniczym partnerem jest Santiago, z którym rok wcześniej przeżyła w Hiszpanii gorący romans. Sprawę komplikuje fakt, że ich pożegnaniu towarzyszyły wyzwiska i ogólnie nieprzyjemna atmosfera.

Wino, słońce, Barcelona” (wcześniej „Hiszpańskie zaręczyny”)
Carrie pracownica agencji reklamowej postanawia zająć się bratanicą Molly, której ojciec zginął w wypadku samochodowym. Kobieta postanawia złożyć wniosek o adopcję, jednak dziadkowie dziewczynki są temu wyraźnie przeciwni, uważają, że nieustabilizowana kobieta poświęcająca zdecydowanie zbyt dużo czasu pracy nie będzie w stanie zająć się dzieckiem. Z opresji wybawia ją Maks Santos – prawnik i właściciel winnicy, dla którego przygotowuje kampanię promującą wina Santos.

Tylko w Madrycie” (wcześniej „Książę z Madrytu”)
Grece Beresford zrobi wszystko, by wyciągnąć ojca z długów. Trzy miliony funtów zdefraudowane z banku Herrera to spora suma, nie starczy nawet sprzedaż domu i sklepu Grace. Jednak książę Herrera wie jak wykorzystać niewinną Grace. Według testamentu dziadka, zostanie prezesem banku tylko jeśli do swoich 36. urodzin ożeni się, a jego małżeństwo będzie trwało co najmniej rok. Początkowo dziewczyna jest przeciwna fałszywemu związkowi, lecz lepsze to, niż wizja ojca w więzieniu.

Zastanawiające, że występujący w opowiadaniach mężczyźni są bogatymi playboyami, każdy bez wyjątku jest tak przystojny, że bohaterkom dech zapiera w piersi. Jednak takie rzeczy można wybaczyć. Można także wybaczyć, że czasami język jakim posługują jest aż nazbyt wyrafinowany, lecz czego się spodziewać po właścicielu sieci hoteli, właścicielu winnicy czy księciu. Cała trójka sprawia wrażenie typowych złych chłopców, którzy przecież tak silnie przyciągają, dlatego dziwię się Lily, Carrie czy Grace, że tak długo były w stanie opierać się hiszpańskim wdziękom.

Jeśli masz ochotę na coś lekkiego, to książka dla ciebie. Jeśli lubisz gorące romanse, przyprawione delikatnym dramatem, to zdecydowanie powinnaś to przeczy. A jeśli tak jak ja kochasz południowe widoki, to uwierz warto zapoznać się z tą pozycją. Niestety mężczyźni raczej nie mają tu czego szukać, poza pomysłem na udany podryw.

Miłej wycieczki do Andaluzji, Barcelony i Madrytu!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Harlequin.

Chwilowy odpoczynek od recenzji - konkurs

Jakiś czas temu ze strachem spojrzałam na moje półki z książkami. Uświadomiłam sobie, że za miesiąc będę siedziała w akademiku, gdzie nie będzie dla nich miejsca. Zadrżałam. Matko Noc, przecież nie mogę ich tak zostawić samych, na pastwę czasu. W końcu mnie olśniło. Skoro mnie cieszą jedynie dlatego, że są to może kogoś ucieszą, gdy będzie mógł je przeczytać! Tak!

Tak właśnie stwierdziłam, że może warto zorganizować mały konkurs. A nawet kilka... Zobaczymy jak wyjdzie w praktyce.

Let's start the game!

Zasady:
  1. Konkurs jest dla każdego, kto ma ochotę wygrać książkę.
  2. W komentarzu proszę o podanie:
    - adresu e-mail,
    - tytułu książki, którą chciałby otrzymać.
  3. Jeśli chcesz zwiększyć swoją szansę na wygraną dodaj mojego bloga do obserwowanych (wtedy automatycznie podaj w komentarzu nick pod jakim go obserwujesz).
  4. Zwycięzcę wybiorę wrzucając do pudełka karteczki z imionami, lub w jakiś bardziej nowoczesny sposób.
  5. Konkurs trwa od 15. sierpnia do 27. sierpnia.

Nagrody:


    1. „Wybranka Bogów” część 1. (czytana tylko do recenzji).
    2. „Błędy” (kupione dawno i nigdy nieruszone).
    3. „Pamiętniki wampirów – Szał” (czytana raz).

Zapraszam i życzę powodzenia~!



niedziela, 12 sierpnia 2012

Na Peruna! Cóż za uparty czarodziej... - Recenzja książki „Władca wilków”

Jako fanka religii dawnych, wytępionych, zamierzchłych z wielką ochotą czytam książki nawiązujące do prastarych wierzeń. Jakże pozytywnie zaskoczyła mnie wiadomość, że oto pojawiła się kolejna pozycja fantasy osadzona w naszej rodzimej słowiańskiej religii. Dokładnie tak. Zaczytujemy się w historiach o bogach z Olimpu, a tu takie kąski...
Przed państwem (donośny dźwięk rogu) Juraj Červenák i jego „Władca wilków”.

Książka rozpoczyna się najazdem Awarów na stojącą na uboczu słowiańską chatę, a później jest już tylko ciekawiej. Zdaną na łaskę Krwawych Psów rodzinę ratuje Czarny Rogan, bohater wojenny, słynny pogromca Awarów, która ma do spłacenia wobec nich dług, ktoś przecież musi odesłać ich do Niwy. Jednak na jego drodze pojawia się wiedźma Mirena, która uprzykrzy mu odrobinę życie, ostatecznie jednak postanowią działać wspólnie (oczywiście wiemy, że w praktyce to różnie wychodzi). Ich zamiarem jest dotarcie do Kirtu – kryjówki Awarów, Rogan pragnie zemsty, Mirena bogactw, ale kto naprawdę wie, co ich tam spotka...

Jednym z głównych atutów książki są bohaterowie. Rogan i jego tymczasowi kompanie to istny majstersztyk. Najpierw dostajemy Mirenę troszkę agresywną kobietę, gdyby mierzyć ją miarą dzisiejszych czasów, na pewno można by nazwać ją feministką. Następnie poznajemy Wielimira obdarzonego ogromnym poczuciem humoru i rudą brodą. Ileż to słownych utarczek stoczyło to trio...
Niestety zapowiadany w przedsłowiu Gorywałd ukazuje się dopiero w końcowych rozdziałach książki, nie pozostaje nic innego, niż oczekiwanie na kolejny tom „Czarnoksiężnika”, ponieważ wystarczyło tylko kilka stron, by obdarzyć przerażającego wilka sympatią.

Dla mnie najbardziej wartościowe okazało się osadzenie książki w czasach religii słowiańskiej. Wszyscy doskonale wiemy, że wiara odgrywała zwykle kluczową rolę w naszym ludzkim życiu, a wiele konfliktów było spowodowanych właśnie przez nią. Autor przedstawia nam wiele starożytnych bóstw i biesów. Nawet zaprowadza nas do Niwy – krainy zmarłych.

Zastanawiające, że w szkołach bardziej skupiamy się na zachodzie i Karolu Wielkim, a o naszych rodzimych słowiańskich ziemiach wspomina się dopiero, gdy Mieszko I postanawia przyjąć chrzest. Szkoda, bo jest o czym opowiadać.

Książkę polecam... Wszelkiej maści fanom fantasy, znajdziecie tu wszystko czego pragniecie, bogaty bestiariusz, obrazowe opisy walk i nieschematycznych bohaterów. Oczywiście fani naszego rodzimego mistrza fantasy – Andrzeja Sapkowskiego, również się nie zawiodą Červenák w przedsłowiu wspomina o tym, że pomysł na książkę zrodził się właśnie dzięki „ojcu” Geralta.

Zapraszam do czytania... i uwaga na latające strzały Rogana!

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica. 

piątek, 3 sierpnia 2012

Bogini z przypadku – Recenzja książki „Wybranka bogów”


Z panią P.C. Cast miałam już styczność, niestety nie polubiłyśmy się. Niedawno w me ręce trafiły dwie części „Wybranki bogów”. Przepełniona miłosierdziem odrzuciłam nasze dawne niesnaski i postanowiłam dać autorce drugą szansę. Nie żałuję.

Ta cała historia nie z tej ziemi, romantyczna aż do bólu, pełna mocnych przeżyć”.
Tak w skrócie można opisać dwutomową historię Shannon Parker – głównej bohaterki powieści. Ileż rozrywki może w swoim życiu zaznać nauczycielka angielskiego w szkole średniej? Za wyjątkiem tej dostarczanej jej przez uczniów – niewiele, jednak Shannon nie może doczekać się wakacji i odwiedzenia aukcji niezwykłych przedmiotów. Właśnie tam kupuje antyczną wazę, która diametralnie zmieni jej świat... Dosłownie. Nauczycielka przeniosła się do alternatywnej rzeczywistości, lecz jej świata z Partholonem nie łączy nic poza ludźmi, którzy są lustrzanym odbiciem tych, z którymi miała styczność na co dzień. Ze zwykłej nauczycielki musi przemienić się w kapłankę. Można pomyśleć, że zamiana niczego sobie, niestety jej poprzedniczka Rhiannon była pozbawioną jakichkolwiek odruchów ludzkich kreaturą z czym Shannon postanawia natychmiast skończyć... Czy zaaklimatyzuje się w nowym otoczeniu? W pierwszej części ma z tym mały problem, jednak z czasem zaczyna się przyzwyczajać i poruszanie się choćby po Świątyni Epony nie sprawia jej większego problemu.
Shannon Parker jest niezwykle barwną postacią i (co zdarza się dosyć rzadko) jako główna bohaterka nie wzbudza w czytelniku morderczych zamiarów. Naprawdę można ją polubić, zwłaszcza jej dość specyficzne poczucie humoru. Choć bohaterka spokojnie mogłaby być moją matką, to nie miałam żadnych problemów z utożsamieniem się z jej postacią i chyba właśnie o to autorce chodziło, żeby porwać czytelniczki do mitycznego Partholonu i pozwolić im rozpływać się niczym masełko na słońcu podczas wizualizowania sobie umięśnionych wojowników, którzy pokazywali dużo więcej niż klatki piersiowe.


 Język w powieści jest dość specyficzny, P.C. Cast umiejętnie przedstawia świat, dba o opisy szczegółów, by każdy dokładnie mógł odtworzyć w umyśle piękno krainy. Niestety tak jak biedna Shannon jestem upośledzona jeśli chodzi o orientację w terenie, więc pozwoliłam sobie na małą ściągę znalezioną w internecie:

Wracając jednak do języka. Autorka przemieszała współczesne wyrażenia z tymi nieco starodawnymi i całe szczęście ten zabieg nie wywołuje chęci rzucania książką o ścianę, co zdarza mi się aż zbyt często. Jedyne co mi przeszkadzało to irytujące i momentami prymitywne porównania, których jest naprawdę dużo. Jednak i przez ten mały mankament można przebrnąć i nie tracić radości z kontemplowania męskiej urody (nawet jeśli tylko na papierze).

Książki z pewnością nie polecam przedstawicielom płci męskiej. Wybaczcie panowie, ale to dla własnego dobra, czytając to wynudzicie się jak mopsy. Za to mogę z całą odpowiedzialnością zachęcić do przeczytania panie w różnym wieku, żadnych ograniczeń. Jeśli ktoś obawia się zbyt wyuzdanych scen, to może przestać, autorka zgrabnie omija opisy, których nie zrezygnowałby z pewnością Guillaume Apollinaire.

Zanurzcie się w świecie Partholonu i oddajcie cześć Bogini Eponie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Harlequin.

czwartek, 26 lipca 2012

Nawet w średniowieczu mogło być wesoło – Recenzja książki „Awantura na moście”


A gdyby tak zamieszkać w miejscu, gdzie panuje urodzaj, sprawiedliwe rządy i niskie ceny na bazarze? Marzenie? Raczej nie do końca... W średniowiecznym grodzie, Nogradzie, właśnie tak było, lecz jak długo można cieszyć się z takiego stanu rzeczy?! W końcu człowieka krew zaczyna zalewać z tego spokoju.

Z dnia na dzień miasto pogrążało się coraz bardziej w marazmie i tylko czasami w mieszkańcach budziła się nadzieja, gdy ktoś był świadkiem niepokojących wydarzeń, jednak zwykle finał był taki, że okazywało się, iż obserwator się pomylił, lub wszystko zwyczajnie zmyślił.
Niemniej niedługo część obywateli Nogradu postanowi zawalczyć z wszech panującą stagnacją...

W królestwie Krawosadu istniało wiele mieścin, ale żadna nie była tak spokojna i pokojowo nastawiona do świata jak Nograd. Żadna też nie rozwijała się tak prężnie, a już na pewno w żadnym innym zakątku kraju nie można było spotkać tylu osobliwych mieszkańców, co właśnie w Nogradzie.”

Prawda. Na kartach książki poznajemy tak różnorodną gamę bohaterów, że trudno wybrać swojego ulubionego. Mamy tu szalenie zakochanych, podstarzałych i zrzędliwych rzezimieszków, rozchwianą emocjonalnie bandę rozbójników, kapłana pozbawionego wiernych, oraz zapatrzonego w swój zawód kupca. Mieszanka iście wybuchowa, zwłaszcza, że ich losy są ze sobą mocno powiązane. Dla mnie najciekawszymi postaciami okazali się najstarsi mieszkańcy Nogradu: Lentak i Melmir – emerytowani zbóje. Znudzeni miasteczkową apatią postanawiają wziąć sprawy we własne ręce i tak oto wracają do starego fachu. Szczerze mówiąc podczas czytania o dwójce stetryczałych rzezimieszków, odczuwałam wrażenie, że kogoś mi przypominają... No tak, Jakuba Wędrowycza, stworzonego przez Andrzeja Pilipiuka.

Pomimo że książka jest komedyją wieków minionych, nietrudno dostrzec w niej próbę wyśmiania czasów obecnych. Wbrew pozorom, wiele się nie zmieniło... Przede wszystkim jest to idealna lektura na poprawę humoru, nie raz i nie dwa, wybuchnęłam niekontrolowanym śmiechem, zwracając na siebie uwagę przypadkowych ludzi. Wielu recenzentów wspominało o tym, że język w powieści jest dość męczący, ja nie zwróciłam na niego nawet uwagi, wychodzę z założenia, że wszystko co nie jest „Bogurodzicą” jest napisane w przystępny sposób.

Książka Marcina Hybla zasługuje na polecenie każdemu, nawet zatwardziałym przeciwnikom fantasy. Możecie być spokojni, nie uświadczycie tutaj żadnych smoków czy ghuli, jedynie nerwową małżonkę Melmira biegającą z warząchwią. Tak, więc... chodu!

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica. 

niedziela, 22 lipca 2012

Zagubiona nuta – Recenzja książki „Ostatni Koncert”


Są książki, o których pisze się ciężko, których opisanie sprawia niejako trudność, w moim przypadku „Ostatni koncert” jest właśnie taką pozycją.

Bartosz Czarnoleski, błyskotliwy altowiolista z nieprzeciętną zdolnością do rozwiązywania zagadek. Właśnie dzięki tej swojej niezwykłej umiejętności otrzymuje w spadku piękną toskańską posiadłość wraz z winnicą i wszystko to przez rozwiązanie zagadki Rosenberga. Początkowo zarządzanie włoską willą przeraża głównego bohatera, ale gdy dowiaduje się, że jego zadanie będzie ograniczało się jedynie do mieszkania i podziwiania toskańskich pagórków, postanawia rozpocząć życie w słonecznej Italii. Teraz musi dzielić swój czas pomiędzy ukochaną Antonię mieszkającą we włoskiej posiadłości, a rodzime miasto K. leżące nad rzeką Suliwą, gdzie wraz z trójką przyjaciół zakłada kwartet smyczkowy imienia Gudelsteina.

Altowiolista przebywając w K. w związku z nadchodzącym debiutanckim koncertem, zostaje wciągnięty przez swojego przyjaciela nadkomisarza Roberta Bielskiego w tajemniczą sprawę „Skrzypka”. W mieście dochodzi do morderstwa i możliwe, że gdyby nie nietypowe narzędzie zbrodni nikt nie zawracałby głowy Czarnoleskiemu. Ponieważ zabójstwa dokonano struną od skrzypiec, logicznym było, że nadkomisarz poprosi altowiolistę o konsultację.

Na kolejnych kartach powieści dowiadujemy się, że cała ta sprawa może być powiązana z wypadkiem sprzed kilku lat, w którym ginie młoda kobieta, jak się później okazuje, ciotka Joanny, która należy do kwartetu.

Udana współpraca Bielskiego i Czarnoleskiego skutkuje tym, że altowiolista musi udać się na konsultację z członkiem Scotland Yardu w Londynie. Wszystkie jego plany biorą w łeb, po udanym koncercie miał nadzieję, wrócić do „Domu Porzuconego Miasta” - „Casa di citta Abbandonata”, czyli swojej włoskiej posiadłości, zwłaszcza, że zaczęły nawiedzać go duchy z przeszłości, które nie darzą go szczególną sympatią...

W książce nie uświadczy się nagłych zwrotów akcji, jednak nie ujmuje to kryminałowi w żaden sposób. Jan Antoni Homa potrafi budować napięcie i gdy czytelnik jest już coraz bliżej odkrycia zagadki, natrafia na uszczypliwe komentarze dotyczące muzyków. Według mnie właśnie ten ironiczny język, nagromadzenie anegdot jest największym plusem powieści.

Jedynym minusem są częste odniesienia do poprzedniej powieści „Altowiolisty”. Nie miałam niestety styczności z tą książką, dlatego też czasami przeszkadzało mi, że bohater wspominał o wydarzeniach minionych, o których nie miałam zielonego pojęcia. Chociaż w jakiś szczególny sposób nie przeszkadza to w zrozumieniu fabuły.

Z pewnością książkę mogę polecić fanom kryminałów, ponadto jeśli szukacie czegoś nowego, nietuzinkowego powinniście zapoznać się z tą pozycją. Nawet jeśli nie jesteście wyszkoleni muzycznie, a pojmowanie przez was pięciolinii, nut i kluczy wiolinowych, kończy się na tym czego nauczyliście się w podstawówce (jak w moim przypadku), to uważam, że ten muzyczny kryminał może stać się dla was ciekawym urozmaiceniem czasu.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MG.

środa, 11 lipca 2012

Jak zapisać się w historii sportu - Recenzja książki „Smolar. Piłkarz z charakterem”


Euro już za nami, jednak fanem piłki nożnej jest się przez cały rok. Przyznaję, że nie jestem zagorzałą wielbicielką – nie jeżdżę na mecze, nie interesuję się historią klubów, ale przyznaję, że z ochotą śledzę rozgrywki naszych rodzimych zespołów. Ostatnimi czasy miałam to szczęście, że w ręce trafiła mi książka Jacka Pierzyńskiego „Smolar. Piłkarz z charakterem”, stwierdziłam, że może warto się z nią zapoznać. Niestety urodziłam kilka lat przed zakończeniem kariery piłkarskiej przez Włodzimierza Smolarka, dlatego też jego postać znana była mi tylko ze słyszenia, często miałam do czynienia z jego nazwiskiem, jednak jak już wspomniałam – historią się nie interesowałam. Do pewnego czasu...

Miałam pewne obawy, bałam się, że to będzie zbiór suchych faktów przedstawionych w niezbyt przystępny sposób. Myliłam się, myliłam się po stokroć! Książka, mimo że autorstwa Jacka Perzyńskiego, jest napisana z perspektywy pierwszej osoby, dzięki temu czytelnik nie tylko poznaje istotne fakty z życia Włodka Smolarka, ale również poznaje jego uczucia w wielu decydujących momentach, jak fatalny mecz w Ipswitch. Z pewnością na uwagę zasługuje język, którym książka jest napisana, troszkę niedoskonałości powodowało, że biografia nabiera charakteru swoistej gawędy.

Książka pozwala odbiorcy na stworzenie własnego wizerunku Smolarka, pomimo że nie miało się okazji nigdy z nim spotkać, to ma się wrażenie, że jednego z najlepszych polskich piłkarzy zna się od dawna. Książkę kończą słowa: „Jedno wiem na pewno – zawsze pozostanę tym samym skromnym Włodkiem Smolarkiem z Aleksandrowa” i rzeczywiście! Poznając jego opinie, jego wspomnienia miałam przed oczyma słowa: „swój chłop”. Nie piętnował swoich kolegów po fachu nawet jeśli ich zachowanie na to zasługiwało, wszystkich szanował i chciał tylko móc utrzymać z nimi życzliwe stosunki.

W początkowych rozdziałach autor skupia się na ówczesnej sytuacji na świecie, a zwłaszcza na wydarzeniach przed narodzinami Włodka. Poznajemy jego sytuację rodzinną i początkowy plan na życie... bycie cukiernikiem. Smolarek wspominał, że zdarzało mu się piec ciasta dla swoich kolegów na zgrupowaniach. W książce pojawia się wiele anegdot na temat życia w PRLu, machlojek rządowych i szukania luk w prawie, byle tylko wyjść na swoje.

Choć to biografia nie uświadczy się tutaj refleksji na temat życia rodzinnego, brak w niej wspomnień dotyczących szkolnych kolegów. Jest tylko piłka. To właśnie dla futbolu żył Smolarek i powtarzał: „W sumie całe życie uganiałem się za piłką, ale gdybym znów miał wybierać, niczego bym nie zmienił. Kochałem piłkę”. Kochał także kibiców, wspierali go, podziwiali, a on z typową dla siebie skromnością uważał, że nie zasługuje na takie wyróżnienie, ponieważ każde odniesione zwycięstwo jest możliwe dzięki wspólnej pracy całego zespołu.

Początkowo nikt nie wierzył, że „Smoli” osiągnie sukces, jego mistrz cukierniczy Balcerek uważał, że prędzej mu kaktus na dłoni wyrośnie, niż to, że Włodek zostanie piłkarzem. Książka doskonale pokazuje, że bez względu na to czy ma się wsparcie otoczenia, można osiągnąć wiele. Włodzimierz Smolarek kochał piłkę i nawet jeśli czasami na treningach trochę sobie odpuszczał, to podczas meczy dawał z siebie całe sto procent. W odniesieniu sukcesu, jak sam zawsze powtarzał, najbardziej pomogły mu naturalne predyspozycje – wytrzymałe płuca i szybka regeneracja organizmu po kontuzji. Najbardziej zaskakujący był fakt, że gdy jego drużyna FC Utrecht grał z Realem Madryt, nawet pomimo połamanych żeber (nie poinformował nikogo o tej poważnej kontuzji) Smolarek nie odpuścił meczu, a nawet strzelił gola!

Dla kogo ta książka? Z całą pewnością dla działaczy PZPNu... Włodzimierz Smolarek zawarł w treści wiele rad dla uzdrowienia polskiej piłki, teraz jeszcze musi pojawić się ktoś, kto postanowi wcielić jego plany w życie. Oczywiście dla fanów piłki nożnej jest to pozycja obowiązkowa. Choć pojawia się w niej kilka minusów (mnie najbardziej przeszkadzały zdecydowanie za długie rozdziały), to z pewnością po jej przeczytaniu, każdy kto nie miał okazji wcześniej obejrzeć gry Smolarka, skusi się na zobaczenie słynnego tańca z piłką w rogu boiska w meczu z reprezentacją ZSRR. Z pełną odpowiedzialnością, zapewniam, że te kilka minut wywołuje uśmiech na twarzy...

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica.

wtorek, 10 lipca 2012

Ten młyn mąki nie miele – Recenzja książki „Czarny Młyn”


Martwy trójkąt – tak można nazwać miejsce w jakim są położone Młyny. Jednym bokiem są zatrute rozlewiska i bagna, drugim – linie elektryczne, których są dziesiątki, natomiast podstawą jest autostrada, która zabiła Młyny. Najważniejszy jednak jest stary kombinat i Czarny Młyn będące wierzchołkiem tego trójkąta.

W Młynach jest wiele opuszczonych gospodarstw, ludzie wyjechali kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja, bo jaki sens ma egzystowanie w zapomnianej przez świat wiosce, gdzie nie można nawet usłyszeć świergotu ptaków... Jednak niektóre rodzinny zostały nie mając gdzie się podziać. Tak było z rodziną Iwa, jedenastoletniego głównego bohatera. Prócz niego w Młynach mieszka jeszcze szóstka dzieci, wśród nich Mela, jego siostra i właściwie „to jest opowieść o tym, jak moja siostra ocaliła Młyny, nas, a może i cały świat”.

Cóż takiego niezwykłego jest w tej Meli... „Melka ma prawie osiem lat i oczywiście też jest dzieckiem (…), ale specjalnym. Wyjątkowym, jak mówi mama”. Melka jest karłem, ma zdeformowany kręgosłup, co sprawia, że nie może sama chodzić, ponadto myśli inaczej niż wszyscy, jednak wkrótce okaże się, że dzięki temu ocali Młyny.

Czarny Młyn jest miejscem przerażającym i niebezpiecznym, należy do kombinatu, który spłonął dwanaście lat przed opisywanymi wydarzeniami, od tamtego czasu nikt się tam nie zapuszcza, nie ma nawet po co, chyba, że ktoś pragnie skręcić kark wpadając do jednej z wielu piwnic. Wszyscy wiedzieli, że w Czarnym Młynie jest coś złego, lecz nie mieli pojęcia, że kiedykolwiek się ono wybudzi... Jednak pewnego dnia jego skrzydła znów zaczynają się obracać, a to na pewno nie jest dobry znak.

Czarny Młyn” Marcina Szczygielskiego jest książką niezwykłą. Jest niezwykła z tego powodu, że dotyka delikatnych spraw jak upośledzona siostra, czy ojciec, który opuścił rodzinę. Dlatego właśnie jest opowieścią dla młodych czytelników, może pomóc zrozumieć im świat, może nauczyć tolerancji. Pochwalić należy autora za to, że umiejętnie wplótł wartościowe treści w książkę pełną napięcia, dzięki temu osoby, które nuży pseudo wychowawczy bełkot, również będą mogły zakochać się w tej historii. Jeśli zastanawiacie się jaką książkę podłożyć dziecku na półkę, to „Czarny Młyn” jest trafnym wyborem.

Osobiście miałam już kontakt z twórczością Marcina Szczygielskiego, szczerze nie spodziewałam się, że potrafi on pisać tak różnorodne powieści. Jedynym elementem wspólnym jaki zauważyłam jest wekiera, choć w „Bierkach” miała ona dużo większe znaczenie, to także i w „Czarnym Młynie” się pojawia. Ciekawe czy był to świadomy zabieg autora... Jednak Marcin Szczygielski sam o sobie mówi, że boi się zaszufladkowania. Może to i lepiej, bo dzięki temu mamy okazje czytać tak wspaniałe i jednocześnie różnorodne powieści.

Książka została nagrodzona w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren, zorganizowanym przez Fundację „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa STENTOR. Dziękuję bardzo.

wtorek, 26 czerwca 2012

Nowy wspaniały świat... - Recenzja książki "Piąty święty żywioł"

Rok 2048. Świat zniszczony kataklizmami i wojnami, wszystko jest zanieczyszczone w takim stopniu, że ludzie nie mogą bezpiecznie korzystać z ziemskich zasobów. W tym okropnym świecie utworzyło się społeczeństwo pacyfistów o skrajnie liberalnych poglądach. Jest to typowa utopia, udoskonalony plan Marksa. Nikt do niczego nie jest przymuszany, a wszystkiego jest w wystarczającej ilości dla każdego. Każdy ma co jeść, co pić oraz dach nad głową. Nie ma podziału na rasy, płci czy wiek. Wszyscy są równi.

Niedaleko od tego El Mundo Bueno mieści się świat, w którym nie ma wolności. Ludzie są własnością państwa, niektórzy są hodowani na specjalnych farmach. Jedni to piękne złotowłose Anioły, których głównym zadaniem jest dostarczanie seksualnych rozkoszy swoim właścicielom - pedofilom, inni są niczym zwierzęta przez całe „życie” przygotowywane do udziału w wyścigach. W tym świecie rządy sprawuje fanatyczna grupa religijna - Millenaryści. Woda jest towarem luksusowym, a wielu ludzi całymi dniami ciężko pracuje, by zarobić choćby na jedną szklankę dziennie.

Jednak Wspaniały Świat (niegdyś San Francisco) może szybko stracić swoją autonomię, millenaryści już ostrzą sobie zęby na taki kąsek pełen jedzenia i wody. Jednak czy przepełniony magią świat, w którym społeczeństwo zrezygnowało ze skutecznego systemu obrony, na rzecz rozwoju rolnictwa i duchowości. Ci ludzie poświęcili się ratowaniu Matki Ziemi, czy ona również im pomoże... „Powiedzcie swoim wrogom tak: «Przy naszym stole jest dla was miejsce, jeśli zechcecie się do nas przyłączyć».”

Piąty święty żywioł” jest książką trudną, jednak kiedy się w niej zagłębić, potrafi wiele ofiarować. Mam wrażenie, że Starhawk czerpała z historii garściami, najbardziej widoczne jest z pewnością podobieństwo do średniowiecznej rzeczywistości, gdzie jedyną i słuszną wiarą było chrześcijaństwo, a wszelkie pierwotne religie były tępione z wielkim zapałem oślepionych fanatyzmem księży. W książce millenarystom najbardziej przeszkadza sposób w jaki żyją Wiedźmy z Północy, nie akceptują ich inności i tolerancji.

Autorka w książce porusza przede wszystkim kwestie tolerancji. Pokazuje wiele jej rodzai, od koloru skóry zaczynając, poprzez homoseksualizm a na istnieniu wielu religii równocześnie kończąc. W tym wyidealizowanym społeczeństwie, każdy robi to co chce, nikt mu z buciorami do życia nie wchodzi. Mam ochotę być w związku poligamicznym, proszę bardzo. Chcę wyznawać Boginię, nie ma sprawy. Marzy mi się mała orgia w pokoju rytualnym, wedle życzenia. Niestety w naszym obecnym społeczeństwie są to ciągle tematy tabu, zakazana rzeczywistość, która wielu obrzydza... niektórych zaś pociąga.

Co muszę przyznać autorce, to fakt, że do książki traktującej głównie o filozofii potrafiła wpleść taką ilość akcji. Naprawdę „Piąty święty żywioł” momentami potrafi trzymać w napięciu. Ile razy zdarzyło mi się, że czytając w nocy mówiłam sobie: „Jeszcze tylko rozdział i idę spać”, w praktyce jednak się nie udawało. Cały czas chciałam wiedzieć co spotka bohaterów, a uwierzcie jest kogo lubić. Nie są to postacie idealne, mają cechy typowo ludzie, trochę wad, trochę zalet. Dlatego Uzdrowicielka Madrone jest przeze mnie jednocześnie uwielbiana i znienawidzona. Starhawk naprawdę się postarała jeśli chodzi o kreację świata, autorka konsultowała się z wieloma środowiskami religijnymi, by jak najwiarygodniej ukazać stworzoną przez siebie rzeczywistość.

Jednak nie jest to książka dla każdego. Dla osoby mniej tolerancyjnej, którą razi poligamia i orgie książka może być jedynie sposobem na skuteczne zepsucie sobie dnia. Jednak jeśli jest się w stanie przeboleć takie fragmenty, to „Piąty święty żywioł” potrafi pokazać swoją magię. Ja byłam zafascynowana elementami rytuałów żydowskich i pogańskich. Czasami świat przedstawiony w książce wydaje się aż nazbyt nierealny, autorce zdarza się przesadzać i na przykład napędza komputery kryształami, które nie są gotowe do współpracy z każdym. Można jej wybaczyć te drobne naciągnięcia i po odłożeniu książki zastanowić się czy takie społeczeństwo jest dla mnie... Ja już wybrałam. A wy?

piątek, 15 czerwca 2012

Jak (nie) kochać - recenzja książki „Anatomia. Monotonia”

Sama nie wiem czego się spodziewałam sięgając po tę książkę w czerwonej okładce. Zafascynował mnie minimalizm ukazany potencjalnemu czytelnikowi. Żadnego opisu, żadnych zdjęć jedynie subtelnie nakreślone: „Anatomia. Monotonia” Edy Poppy. Później okazało się, że temu egzemplarzowi brakowało obwoluty, może to i lepiej, prawdopodobnie nie odważyłabym się jej wypożyczyć, gdybym zobaczyła pełną okładkę. Jednak gdy tylko zajrzałam na pierwsze strony i przeczytałam początek Przedmowy byłam pewna, że ta książka będzie moja.

Niestety, prawda jest taka, że im więcej się czyta, tym częstszych doznaje się rozczarowań. Dlatego większość czytelników dochodzi kiedyś do punktu, w którym na serio zaczynają rozważać zerwanie z czytaniem. Ale nie można, rzecz jasna, wierzyć obietnicom zatwardziałych czytelników, nie bardziej niż zapewnieniom alkoholików, którzy dopiero co przestali pić, czy małych dzieci.”

Później przyszło mi poznać jedno z najbardziej nietypowych małżeństw. Vår i Lou. Nie tworzyli pary, która żyje długo i szczęśliwie w wierności. Vår relacjonująca wydarzenia pochodzi z małego norweskiego miasteczka, natomiast jej mąż Lou żył w południowej Francji. Ostatecznie uciekając przed przeszłością zamieszkali w Londynie. Ale przecież to, iż pochodzą z dwóch różnych krańców Europy nie oznacza, że można oskarżyć ich związek o nienormalność. Oczywiście, że nie, ale to, że Ona zarabia pozując do aktów i oddaje się przypadkowym romansom z mężczyznami dopiero poznanymi na ulicy, On jest szaleńczo zakochany w młodziutkiej Sidney, z którą chodzi na długie spacery i karmi łabędzie w parku. W dodatku małżonkowie wiedzą doskonale o swych seksualnych podbojach, a słowa „zazdrość” nie uznają.

W końcu Lou nie wytrzymuje, proponuje swojej żonie pewną zabawę, której głównym celem będzie zakochanie się Vår. Obiecał, że jeśli ona ponownie odnajdzie miłość, on rozstanie się z Sidney. Łatwo się domyślić, że ostatecznie pożałował swojej decyzji.

Pomyślałam sobie, że to zabawa... Jakie jest znaczenie zabawy? To coś, co człowiek robi, żeby się rozerwać, a ja lubię rozrywki, zwłaszcza razem z Lou. Poza tym myśl, że odejdzie od Sidney, że spotkam innego mężczyznę, myśl o zakochaniu, zdradzie i zniszczeniu, to pociągająca myśl. Bo ja chcę patrzeć na życie z humorem. Chcę być dzielnym małym graczem.”

W tej książce nie istnieje tabu, o nagości i seksualności mówi się wprost unikając zbędnego owijania w bawełnę, nie uświadczy się tutaj niepotrzebnych eufemizmów. Vår oddziela seks od uczuć, twierdzi, że tylko jedną osobę można obdarzyć jednym i drugim. Co prawda w książce pojawia się kilka bezpruderyjnych opisów, jednak autorka skupia się głównie na duchowych aspektach związku, ukazuje wszystko w surowym świetle własnych poglądów i ten brak upiększania jest tu właśnie najpiękniejszy. Brakuje książek, które traktują o prawdziwej współczesnej miłości, obdartej z czułości i przepełnionej doznaniami zmysłowymi. Wszystkiego doświadcza się nie tylko za pomocą wzroku i dotyku, równie ważną funkcję pełnią smak, zapach i nawet dźwięk.

Trudno mi jednak stwierdzić, czy książka zasługuje na polecenie. Mężczyzn z pewnością odrzuci zbyt duchowe podejście do tematu, może więcej nagości byłoby bardziej zachęcające. Jednak również nie każdej kobiecie musi się spodobać. Dla przeciętnego faceta za mało erotyki, dla płci pięknej za dużo. Ja byłam w niej niemal zakochana... Słowo niemal należy podkreślić, bo właśnie te wady, które wydają się nieistotne, sprawiły, że czytanie przychodziło z coraz większym trudem i niezbędne były dłuższe przerwy w zgłębianiu tej lektury. Vår, której hobby to „pożyczanie cudzych rzeczy na zawsze” i snucie się nago po mieszkaniu staje się z czasem zbyt ckliwa, nawet dla mojego kobiecego umysłu, a sama książka jak tytuł celnie wskazuje, staje się zbyt monotonna.

Anatomia. Monotonia” to książka o miłości, miłości specyficznej, bo niespotykanej na co dzień. Vår i Lou wydają się udanym małżeństwem, a poligamia nie przeszkadza im w kochaniu się nawzajem. Czasami każda kobieta żyjąca w związku zastanawia się, jakby to było z innym mężczyzną. Bohaterka nie musi, ona wychodzi na miasto i spotyka przypadkowego mężczyznę, z którym uprawia seks w pierwszej lepszej zapomnianej przez świat uliczce. Jednak czy takie życie jej odpowiada? Czy ktokolwiek byłby w stanie wytrzymać długo w takim związku, gdzie brak zasad? Tego możecie się dowiedzieć sięgając po książkę Edy Poppy należącą do „Zmysłowej Serii”.